Krzysztof Kołodziejski


Krzysztof Kołodziejski...jpg

JAK U FELLINIEGO

Pierwszy raz w Suchedniowie pojawiłeś się kilka lat temu, w ramach pleneru rzeźbiarskiego. Czy podejmując decyzję o chęci uczestnictwa byłeś świadomy specyfiki tego miejsca?

Na początku, zanim zdecydowałem się na plener w Suchedniowie, słyszałem głównie od osób z pracowni ceramiki od Piotra Lorka, od Pana Wiesia swego rodzaju legendę o tym miejscu, że jest to dla ceramików wyjątkowa fabryka, która stwarza ogromne możliwości gigantyczna hala, na bieżąco przygotowywane specjalne plastry z gliny… słuchając o fabryce wyobrażałem sobie, że dostając duże plastry o grubości dwóch lub trzech centymetrów, w zależności od potrzeb, mogę z nich skonstruować właściwie każdą formę. Do Suchedniowa pojechaliśmy w 2012 roku, wówczas przekonałem się, że opowieści są prawdziwe.

Podczas tego pleneru wykonałeś rzeźbę, która liczyła około dwóch metrów wysokości. Był to autoportret, gigantyczna ceramiczna głowa, usta rozdarte w niemym krzyku cierpienia, głowa bez uszu, co implikuje zwrócenie się ku sobie, podkreślenie wewnętrznego wymiaru bólu, również formę alienacji, doświadczenie bycia samym ze sobą, poza światem, niekoniecznie z wyboru… A jaka jest interpretacja autora rzeźby?

Głowa była rzeczywiście duża
faktycznie miała dwa metry. Pociągała mnie myśl, żeby zrobić rzeźbę, która będzie jak schron, jak domek, jak namiot, jak miejsce, do którego mogę wejść i się schować. Rzeźba ceramiczna może mieć zarówno zewnętrze jak i wnętrze. W takim razie, jeśli chcę rzeźbić ją od wewnątrz, wówczas powinienem z góry założyć jakąś bramę, możliwość wejścia. Zdecydowałem, że będą to usta… wchodzę przez usta i jestem w środku glinianej kopuły! Autoportret z racji tego, że, jak mi się wydaje, jest najłatwiejszy do zrobienia – zawsze robimy bardziej lub mniej autoportret. Zrezygnowałem z uszu, ponieważ uważałem je wówczas za trudne do zrobienia… podobno po uszach poznaje się rzeźbiarza. Właściwie wyszło, tak jak mówisz, bo większość pracy wykonałem w samotności. To było tak, że pojechaliśmy na plener, żeby wykonać zamówienie dla Muzeum Ziemi w Skierniewicach, które ufundowało nam dwa tygodnie pobytu i jedną tonę wypału. Sporządziliśmy dla nich ławeczki i siedziska miejskie, które bardzo fajnie nam wyszły, przy wykorzystaniu tego, że mogliśmy pracować za pomocą technologii plastrów. Natomiast później każdy realizował własne projekty. Przeważnie studenci robili drobne rzeczy, które można byłoby zrobić z wałków. Ja natomiast uznałem, że jest to świetna okazja, żeby zacząć coś konstruować… mały dom.

Krzysztof Kołodziejski, Plener w Suchedniowie, 2012, fot. Krzysztof Kołodziejski

Krzysztof Kołodziejski, Plener w Suchedniowie, 2012, fot. Krzysztof Kołodziejski

Można powiedzieć, że w tamtym momencie doszła do głosu Twoja natura architekta.

Myślę, że tak, tym bardziej, że widziałem kiedyś podobne rzeczy konstruowane we Francji przez instytut, który nazywa się Craterre. To jest instytut, który zajmuje się budowaniem z ziemi wykonują różne obiekty w Bhutanie, Himalajach, również w Afryce. Chodzi o to, żeby najtańszym kosztem, w warunkach, w których nie można dowieść cementu ani żadnego innego materiału, wysłany przez instytut badawczy zespół architektów i naukowców mógł zbudować metr kwadratowy szpitala. We Francji widziałem ich ćwiczenia było to na przykład swego rodzaju igloo z ziemi one mi zostały pod powieką, te obiekty były dla mnie bardzo pociągające. Archaiczne, tajemnicze, rzeźbiarskie, pachnące, zupełnie inne niż współczesna architektura. Zachowane w pamięci obrazy stały się bodźcem do konstruowania.

Plener w Suchedniowie trwał dwa tygodnie, był to jednak zdecydowanie za krótki czas na zrealizowanie dużego przedsięwzięcia, jakim było wykonanie dwumetrowej ceramicznej rzeźby.

Tak. Wyglądało to w ten sposób, że po dwóch tygodniach pleneru w 2012 roku postanowiłem, że zostanę, zaś pozostali studenci wrócili do Warszawy. Wiązało się to z tym, że musiałem ustalić z kierownictwem, że mogę zostać jeszcze tydzień lub dwa tygodnie. Ponadto musiałem uzyskać zgodę na wynajęcie na ten czas domku campingowego nad jeziorem pomimo końca sezonu. Z planowanego tygodnia/ dwóch zrobiło się półtora miesiąca, a w między czasie zamknięto zakład. Od października, czyli już przez cały miesiąc byłem kompletnie sam. Wyłączono ogrzewanie, panowały bardzo niskie temperatury. Poza mną była obecna jedynie ochrona budynku. To było wyjątkowe przeżycie, z racji tego, że sam zakład jest wyjątkowy – gigantyczne hale, ciągnące się bez końca, ogromne przestrzenie, kompletnie puste, z półmrokiem, gdyż światło wpadało przez pokryte czerwonym pyłem szyby. Otoczenie przywodziło na myśl scenerię filmową. Już na samym początku pleneru miałem poczucie, że znalazłem żyłę złota i nie mogę wyjechać. Nie wiedziałem jeszcze, w jaki sposób wykorzystać mój pobyt tam, ale uznałem, że zrobiłbym coś wbrew sobie, gdybym w jakiś sposób nie przeżył tego miejsca. Stąd ten pomysł, żeby wydłużać ten pobyt, tym bardziej, że zacząłem już konstruować tę kopułę ten czerep, głowę…

Do Suchedniowa powróciłeś dopiero trzy lata później w ramach pleneru ,,Rewitalizacje Wtórne”, żeby doprowadzić do końca historię tej rzeźby.

Trzy lata temu, gdy wyjeżdżałem z fabryki było już bardzo zimno, momentami temperatura wynosiła jedynie pięć stopni, ponadto spadł pierwszy śnieg, a ja byłem już wyczerpany fizycznie. Rzeźbiłem w podwójnych kalesonach, w czapce uszatce, co godzina musiałem pić gorącą herbatę, samemu nosiłem ponad siłę ponieważ nie miałem tam do dyspozycji drabin, musiałem ustawiać stół na stół, żeby sklepić rzeźbę od góry. To była przygoda z samotnością, dość ciekawa… a jednak uciekłem. Próbowałem na początku w ogóle zapomnieć o temacie, tym bardziej, że fabryki nie otworzono na wiosnę. Jednak z drugiej strony cały czas miałem w pamięci to, że zostawiłem bardzo dużą pracę, która gdzieś tam jest i po dwóch latach zdecydowałem, że pojadę i zobaczę co tam się dzieje. We wrześniu ubiegłego roku wróciłem. Głowa stała tak, jak ją zostawiłem, przykryta tymi samymi gazetami i papierami, którymi ją zabezpieczyłem. Wtedy pomyślałem, że być może teraz, gdy nabrałem trochę dystansu do tego wydarzenia i nie jest to dla mnie tak ciężkie, warto byłoby zrobić jakiś większy użytek z tej rzeźby i nadać mojej pracy, która była wykonywana w samotności, dla samego siebie, kontekst społeczny. Mam wrażenie, że upadek zakładów jest typowy dla naszych czasów, że jest to charakterystyczne – zmienia się ekonomia i nagle upada zakład, który funkcjonował przez czterdzieści lat. Dlatego tam wróciłem. Również dlatego, by spróbować czy mogę działać poza Akademią, czy potrafię sam uruchomić jakiś projekt i czy jestem w stanie zrealizować go od początku do końca.

Czyli było to ciekawe doświadczenie również w tym kontekście, że musiałeś samodzielnie zaaranżować sytuację, w której byłoby możliwe wypalenie gigantycznych rozmiarów ceramicznej rzeźby.

Tak, dlatego że zakład ogłosił upadłość, odcięto dopływ gazu i nie było mowy o tym, żeby wypalić rzeźbę na miejscu. Syndyk, który przejął upadłość, nie zgadzał się na wypalanie gazem czegokolwiek na terenie zakładu, ponieważ jest za niego prawnie odpowiedzialny. Nie pozwolił również na wypalenie rzeźby na parkingu przed zakładem z powodu odpowiedzialności karnej oraz pobliskiego lasu. Straż pożarna także nie wydała zezwolenia. Wówczas postanowiłem zainteresować burmistrza oraz media miejscowe wypałem rzeźby. Burmistrz bardzo mi pomógł, pomogli mi również ludzie, których tam poznałem, niektórzy z nich sfinansowali materiały potrzebne do wypału. Od pewnego momentu wszyscy poszli mi na rękę. Także prasa zainteresowała się tym tematem Gazeta Wyborcza oraz lokalny tygodnik Echo Dnia. Dzięki wszystkim tym działaniom udało mi się dociągnąć projekt do samej mety. Aż do fatalnego końca.

Fatalnego końca?

Tak, ,,pięć minut” przed końcem wypału głowa rozpadła się. Ale oczywiście żartuję, nie podkreślałbym słowa fatalny. Uważam, że to jest bardzo ciekawe, co się stało.

W jednej z naszych rozmów wspominałeś, że w tym roku jest szczególnie ciężko – masz wrażenie, że ponosisz pasmo porażek. Mówi się jednak, że to porażki kształtują człowieka i należy je umieć przekuwać w sukces. Ważne jest więc to, jaki mamy stosunek do niepowodzeń. Czy zatem takie spojrzenie jest Ci bliskie?

Spojrzenie… tak. Niewątpliwie wszystko jest sztuką perspektywy. Jeśli spojrzę na to w ten sposób, że jest to dosyć długi proces, który zaczął się trzy lata temu, gdy postanowiłem w jakiś sposób zareagować na to miejsce, do którego pojechałem oraz na tę lokalną historię, która się tam odbyła – czyli zwolnienie pracowników i zamknięcie fabryki… jeśli spojrzę na to wszystko jako na proces, a nie tylko i wyłącznie jako na rzeźbienie jednej rzeźby, to fakt, że moja praca rozsypała się bardzo ładnie zamyka mi cały cykl. To jest po prostu ciekawe. Można powiedzieć, że w którymś momencie zrobiłem wszystko, co do mnie należało, a dalej poprowadziła mnie sama historia. Glina rozsypała się przy 200 stopniach, zatem jest cała do odzyskania.

Krzysztof Kołodziejski, Suchedniów, 2015

Wypał rzeźby ceramicznej, Suchedniów, 2015, fot. Krzysztof Kołodziejski

Czy masz wrażenie, że wróciłeś w pewien sposób odmieniony, z innym spojrzeniem na rzeźbę, na proces twórczy?

Wróciłem z bardzo dużą ulgą, że nie mam już autoportretu zamkniętego w mrocznej fabryce. Wydawało mi się – może jest to myślenie magiczne – że to nie jest zbyt komfortowa sytuacja, że gdzieś moja wielka głowa tkwi w pustej hali. Czuję ulgę, że się rozsypała.

Naprawdę?

W pewnym sensie tak. Zamknięty jest cykl. Nie mam już do czego tam wracać.

Niewątpliwie jest to trudne doświadczenie. Proces twórczy determinuje oswajanie materii przez rzeźbiarza i przez to następuje wytworzenie się szczególnej więzi emocjonalnej miedzy artystą a pracą jego rąk. Proces destrukcji nabiera więc wymiaru symbolicznego, często gorzkiego, jednak Ty patrzysz na wydarzenie w sposób optymistyczny. Można więc powiedzieć, że nie żałujesz.

Wiesz, to jest tak, że ja byłem wtedy bardzo ciekaw, czy jestem w stanie zrealizować projekt rzeźbiarski kompletnie poza Akademią i całe przedsięwzięcie było decyzją podjętą na gorąco. Był szereg pytań – to, czy mogę tam zostać, żeby wykorzystać to miejsce i dalej rzeźbić niezależnie od tego, że Akademia skończyła już plener, a studenci musieli wracać. Pod tym względem jestem z siebie bardzo zadowolony. Podczas przedłużonego pobytu udało mi się skończyć pracę. Miałem odwagę tam zostać, co też wymagało ode mnie kilku ciężkich rozmów, podczas których musiałem tłumaczyć się, dlaczego chcę pozostać w pustej fabryce. Przekonałem się również o tym, że potrafię wytrzymać samotność, samotność przy bardzo ciężkiej pracy… to wszystko zmienia. Gdy pracuje się samotnie przez miesiąc w złych warunkach, w miejscu, gdzie jest zimno, wówczas zaczyna się cała psychologia… Jestem również zadowolony z tego, że podjąłem decyzję, żeby powrócić do rzeźby i włożyć ją w lokalny kontekst oraz publicznie, przy poinformowaniu mediów o całej historii, postarać się z nią ujawnić. Również i to wymagało przełamania pewnych oporów i takie doświadczenie uważam za wartościowe. Fakt, że rzeźba rozpadła się, stanowi szczerze mówiąc nieprzewidziany koniec historii. Tego samego dnia rano wybuch wielki pożar w Suchedniowie, z którym nie mam nic wspólnego, jednak dzięki któremu ani burmistrz ani nikt z gazety już się nie pojawił i cały cyrk mogłem zwijać przez trzy dni – po cichu, w deszczu…

To też w pewien sposób symboliczne.

Tak, cały cyrk był jak u Felliniego.

Myślę, że jednak miało to swoją wagę i rangę.

Dla mnie na pewno…

Z Krzysztofem Kołodziejskim, studentem V roku na Wydziale Rzeźby, rozmawiała Paulina Kotowicz.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s